wtorek, 21 stycznia 2020

Recon Winter Camp 2020 - QUINZHEE

   W tym miejscu miała być relacja z biwaku minimalistycznego w warunkach zimowych. Wspólnie z kilkoro znajomymi wybraliśmy się w góry by poczuć trochę śniegu na policzkach. Z jednym z kolegów rozpierani chęcią działania podjęliśmy próbę budowy zimowego schronienia. Pracę poszły tak fajnie, że zrezygnowałem z planu biwaku minimalistycznego.
   Na dwie godziny przed zmrokiem dotarliśmy na miejsce zimowego placu zabaw. Początkowo w planie była jama śnieżna jednak oceniliśmy, że śniegu jest za mało i budujemy quinzhee. Wyznaczyliśmy z grubsza zarys naszego projektu i przystąpiliśmy do usypywania śnieżnego kopca. 


Bez pracy ...

   Kończyliśmy już po zmroku w śnieżycy. Ciekawe, ale z jednej strony śnieg był lepki i stosunkowo ciężki a z drugiej sypki tak, że wiatr zwiewał go z łopaty. Całość uklepaliśmy i wygładziliśmy. Ruszyliśmy na noc do bacówki w górach gdzie czekali na nas utęsknieni przyjaciele.


Ostatnie szlify

   Z rana wróciliśmy. W kolejnej bacówce (w pobliży naszego kopczyka) przywróciliśmy do życia piecyk i zagotowaliśmy herbatkę "ze śniegu". Drugi raz brałem udział przy pracy nad zimowym schronieniem. W obu przypadkach zorganizowane było źródło ciepła. Okazało się to bardzo ważne. Podczas prac organizm wychładza się, a ubranie nabiera wilgoci z potu i śniegu, na którym leży kopiący. Płomień ogrzewa i daje poczucie bezpieczeństwa. Jedna z osób powinna go nieustannie pilnować, co w warunkach zimowych nie jest takie wcale łatwe.


Ciepełko

   Gdy ja pilnowałem pieca, gorącej wody, opału kolega drążył quinzhee. Spisał się na medal.  Miejsca było spora dla dwóch osób i ekwipunku. Z obawy przed zapadnięciem się sklepienia nie drążyliśmy dalej. Obawy okazały się przesadzone. Ale lepiej w tę stronę. Gorzej było by gdyby cała praca poszła na marne. Wyszła nam naprawdę mocna konstrukcja ze ścianami od 0,5 do 1 m. Gdy nadeszła pozostała część naszej ekipy i mogłem przekazać opiekę nad piecykiem kolejnemu koledze postanowiłem poćwiczyć budowę okopu śnieżnego i wykonać tym samym wydłużone wejście. Wyszło całkiem, całkiem.


Zielona fieraneczka

   Quinzhee, jest jak śnieżny bunkier. Człowiek jest odcięty od otoczenia. Od dźwięków, światła i warunków atmosferycznych. Śnieg w naszym schronieniu wybrany był do gołej ziemi i temperatura utrzymywała się w okolicy zera. Wejście zasłoniliśmy, nieszczelnie, folią NRC. Nad głowami wydrążyliśmy otwór wentylacyjny. Z puszki i świeczki zrobiliśmy lampion. Moja izolacja od podłoża okazała się nie wystarczająca. Budziłem się w nocy ale nocka w takiej miejscówce dała mi dużo satysfakcji.


Poranek

   Wstaliśmy dopiero wtedy gdy przez nasz otwór wentylacyjny widać było już niebieskie niebo. Nieśmiało przeprowadzaliśmy testy wytrzymałości naszego schronienia. Okazało się, że nawet skakanie po sklepieniu nie wywołało na nim żadnego wrażenia. Wniosek z tego taki, że spokojnie mogliśmy jeszcze powiększyć przestrzeń wewnątrz. 


Na dachu świata, naszego świata

   Warsztaty uważam za udane. Co do samego qiunzhee to nie jest to schronienie awaryjne. Wymaga sporo pracy i energii. Sprawdzi się raczej przy dłuższym biwakowaniu. Niemniej jednak powezmę jeszcze kiedyś próbę budowy. Chciałbym by wyszło tak książkowo, z pryczami, sporą ilością miejsca wewnątrz i odpowiednim wejściem.

   Opisałem jedynie budowę quinzhee ale cały weekend był wspaniałą przygodą. Brodzenie w śniegu. Marsz w ciemnościach. Nocka w bacówce. Reanimacja pieca. Wieża i widoki. Błądzenie po górach. Nodia. Ale przede wszystkim Cudowne Towarzystwo. Do zobaczenia przyjaciele.

niedziela, 19 stycznia 2020

Matecznik

   Stwierdziłem kiedyś, że taki minimalistyczny biwak na jedną noc to dla mnie za mało. W sumie to można niczego nie brać i przesiedzieć od zmierzchu do świtu pod jakimś drzewem. Inaczej sprawa się miewa z kolejną nocką, kiedy organizm jest niedospany, zmarznięty, przemęczony i zaczyna doskwierać pragnienie i głód.
   Tym razem postanowiłem spędzić w lesie dwie nocki. Ponieważ wybrałem się w tereny, które już trochę znam zaskoczenia nie było. W planie na pierwszą nockę była ambona lub paśnik. W tym drugim zostało jeszcze trochę siana więc wybór był prosty. W teren moich zmagań dotarłem po zmroku. Dlatego zbliżając się do paśnika zapaliłem latarkę w telefonie by nieoczekiwanie nie napatoczyć się na lochę z małymi.
   Wymościłem sobie gniazdko i zasnąłem Choć nie od razu. Różne zwierzątka złażą się na taki nocleg. Drapią i gryzą konstrukcję. Wytłumaczyłem sobie, że to myszy ale pewności nie miałem. Zasnąłem. Około północy zrobiło się już zimno. Musiałem też na stronę. A jak radzi Ray Mears nie należy zbyt długo z tym czekać gdyź organizm traci ciepło stale podtrzymując temperaturę tego co nam ciąży. Zanim wróciłem na sianko troszkę się rozgrzałem Wymachy ramion, trucht, przysiady itp.


Jak w hotelu. Wpadłem. Wyspałem się. Sprzątać nie trzeba.

   Jak mawiają podróżnicy "najzimniej jest przed wschodem słońca". Wyciągnąłem poncho BW i przykryłem się nim. Głowę miałem również przykrytą. Ogrzewałem się dodatkowo własnym oddechem. Wilgoć nie stanowiła większego problemu.
   O świcie ruszyłem przed siebie. Nie miałem szczegółowego planu. Dokonałem rekonesansu znanych bagien i mokradeł.


Ekwipunek na ambonie


Bagna i mokradła

   Kiedy temperatura oscyluje w okolicy zera nie należy szwendać się po bagnach. Górna warstwa jest zmrożona ale dolne już odtajały i człowiek wpada jak pod lód. Rozciąłem przy tym rękę ale na szczęście niegroźnie i mogłem kontynuować przygodę


Chwila grozy

   Opuściłem bagna i udałem się na poszukiwanie miejscówki. Poprzednia nocka dawała się we znaki. Obóz założyłem w miejscu niedawnej przycinki, jakieś sto metrów od strumienia. Zaplanowałem posłanie z gałęzi i gałązek brzozowych a daszek z poncha. Prawie cały dzień wiało. Jedną z otwartych stron mojego schronienia osłoniłem wciąż jeszcze świeżymi gałęziami sosnowymi. Zbudowałem ekran i rozpaliłem ogień.


Obóz drugi

   Nic tak nie stawia na nogi jak zupka chińska w lesie. Podjadłem, odpocząłem i zacząłem znosić opał. Uzbierałem go w sam raz. Poszło wszystko.


Całkiem całkiem

   Do północy miałem przyjemne spanko. Choć w dalszym ciągu wiało. Ognisko pięknie się rozhulało. Pod ponchem było ciepło i przytulnie. Brakowało tylko flaszki i gołej lask. Później sytuacja powtórzyła się z nocy poprzedniej. Temperatura otoczenia spadła. Brzozowe gałązki nie sprawdziły się jako izolacja od podłoża. Wiało mi po plecach. Przekręcałem się co dłuższą chwilę by dogrzewać kolejne partie ciała. I znów brakowało flaszki i gołej laski.


Placuszki na sen

   Poranek przywitałem herbatką świerkową i ogólnym zadowoleniem. Posprzątałem po sobie i pokręciłem się jeszcze kilka godzin po lesie.


Nie pozostawiaj śladów

Bushcraftowy biwak

   Kolejny wypad zorganizował kolega z forum reconnet.pl. Przebiegać miał wg określonych zasad. Należało zapewnić sobie maksymalnie komfortowy pobyt w terenie. Każdy z nas mógł zabrać jedno narzędzie, plandekę lub poncho o wymiarach do 2x3 m, źródło ognia, naczynie plus litr wody, 10 m sznurka, do 0,5 kg żywności, mapę oraz kompas. Czas próby wyznaczony był na 24 godziny.
   Po ciężkim poranku dotarliśmy do lasu. Maszerowania nie było dużo. Ot spacerek po lesie. Było ciepło i słonecznie. A feee. Po naradzie wybraliśmy miejsce na obóz. Ostało na długim dwuosobowym szałasie jednospadowym i schronieniu z poncha naprzeciwko.  


Obóz i opał przygotowany wspólnymi siłami
 
    Na posłanie zorganizowałem sobie sporo chrustu, liście ze ściółki a całość przykryłem sobie gałązkami świerka. Również zadaszenie było z gałęzi świerka. Dodatkowo szczepiłem sobie krótsze boki poncho BW i wypchałem je suchą trawą. Miałem zgrabną kołderkę. Układ obozu jednak spowodował, że nocą powiewało mi po głowie i musiałem całość modyfikować.

Łaźnia w kniei

  Obóz znajdował się w pobliżu strumienia. Po ciężkich pracach postanowiłem się wykąpać. Noc minęła na drzemkach i cyklicznym podkładaniu do ognia.

Leśne luksusy

Trzeba uważać z suchą trawą. W środku nocy obudził mnie wysoki płomień. Okazało się, że nasze posłanie zajęło się ogniem. Po szybkiej akcji gaśniczej spaliśmy jak susły do rana.




wtorek, 31 grudnia 2019

II

   Kolejny wypad również przyniósł pewną nauczkę. Udowodnił mi jak ważna jest praktyka i doskonalenie umiejętności na co dzień. W planie miałem wyjazd na dwudziestoczterogodzinny biwak minimalistyczny u TH dlatego postanowiłem zrobić sobie mały trening. Zabrałem ze sobą toporek, busolę, krzesiwo, nalgenkę z kubkiem, sznurek i poncho bw (już nie przemakające). Na rejon działań dotarłem grubo po godzinie piętnastej więc miałem nieco ponad trzy godziny na znalezienie miejscówki, zbudowanie schronienia i rozpalenie ognia.

Ekwipunek na biwak II
 
   Na miejsce biwaku wybrałem otoczony trzcinowiskiem zagajnik olchowy nad rzeką. W pobliżu przebiegały linie energetyczne WN. Dodatkowo ciepła jak na październik aura zachęcała niedzielnych podróżników do nieco dalszych eksploracji. Zagajnik zapewniał mi więc względne poczucie prywatności.
   Z żerdzi i pnącza zbudowałem stelaż, na który zarzuciłem poncho. Na posłanie zebrałem kilka naręczy suchych trzcin. Zaczęło się ściemniać. Zerwałem kilka kawałków suchej kory olchy i zeskrobałem wnętrze pod iskry z krzesiwa. I tu rozpoczęła się męczarnia. Kora za żadne skarby nie chciała złapać iskry. A jeżeli już złapała zaraz gasła. Grubo po zmroku wreszcie się udało. Kiedy jednak dorzucałem nieokorowane polana do ognia ognisko tylko się dusiło. Musiałem każde z polan okorowywać do momentu uzyskania dużej ilości żaru.

Stelaż pod poncho
 
   Dodatkowo podczas prac było jak na październik bardzo parno i zapociłem koszulkę. Wieczorem zrobiło się chłodno i delikatnie kropiło. Musiałem szybko wysuszyć koszulkę przy ognisku. Noc minęła znośnie. Nie padało. Rano zagotowałem zupkę z Radomia z dodatkiem znalezionych grzybów i szczawiu.

październik 2014





sobota, 28 grudnia 2019

Spontaniczna nocka w lesie

... hmyy, co to, ja, ... chciałem.
   Aha. Razu pewnego dawno temu wybrałem się do lasu. Stary plecak, koc z kanapy, butelka z wodą, nóż samoróbka, poncho bw, zapałki, kawałek sznurka, kanapki i pies. Spontaniczna nocka w lesie.  Pomimo, że to był maj, nie wyspałem się tej nocy. Pod tyłek ułożyłem grubą warstwę świeżo zerwanej trawy, która do rana wyglądała jak zwałowana kiszonka. Koc nie zapewniał żadnego komfortu ciepła i po ciemku musiałem rozpalać ognisko. Pies był tak zestresowany, że nie odstępował mnie na centymetr. Dobrze że nie padało bo w późniejszym czasie okazało się, że moje poncho jest wybrakowane i przecieka.

Maj 2009, gdzieś w krainie wygasłych wulkanów
 
   Nocka ta dała mi jednak sporo satysfakcji, że pomimo niewielkiej ilości rzeczy udało mi się dotrwać do rana i kontynuować wycieczkę. I o tym będzie traktował ten blog. O wypadach z ograniczonym ekwipunkiem i aranżowanych sytuacjach zaskoczenia. Gdzie komfort odchodzi na plan boczny a liczy się przetrwanie, no i dobra zabawa.